| korbka18 |
» Pią Cze 22, 2007 14:37     |

Pomocnik Stajennego
Dołączył: 10 Lut 2007
Posty: 128
Skąd: katowice
Status: Offline
|
można się wzruszyć
Bolesław Leśmian
Koń
Koniu krzywy, koniu siwy,
Ozdobiony łachem grzywy,
Kocham zawiew zmydlonych twym potem rzemieni
I oddech, juchą parnej dymiący zieleni.
Łeb kościaty, ale krewki,
Z wargą miękką, jak pierś dziewki,
Przewieś mi poprzez ramię w rzewną bezrobotę,
Bym twarzą prężnej szyi wyczuwał ciągotę.
Koniu smutny aż do śmierci
Z białą pręgą lejc na szerci,
Zaprzyjaźnij się ze mną, jak to czynisz z wołem,
Wejdź do mojej chałupy, siądź razem za stołem.
Dam ci wody z mego dzbana,
Dam ci cukru, dam ci siana.
Dam bryłę szczerej soli, gleń świeżego chleba
I przez okno otwarte przychylę ci nieba.
Nie sęp oczu brwi sitowiem,
Powiem tobie, wszystko powiem!
A gdy noc już nastanie, pozamykam dźwierze
I wspólnie odmówimy wieczorne pacierze.
Wiersz konny
Pochylony ku światu - patrzę w cień mój konny,
Jak się obco przewija - skośny i posronny -
Wybojem dróg.
Mój cisawy, któremu i głaz nie zacięży -
Zaświat w słońcu zwęszywszy - kark zagrzany tęży
W uparty łuk!
Wolniejące od pola, z traw wywiane losy
Złączyły nas na wspólny bieg w tamte niebiosy
I w tamten las...
I kazały jednakim zespolić się ruchem
Na sny różne, co - jawy związane łańcuchem -
Śnią się raz w raz.
Dąb, migając za dębem, wstecz luźnie odlata -
W przerwach między dębami zaskoczona chata
Cofa się w jar!...
Ruczaj, słońcu na ukos jarząc się samopas,
Z oczu nagle nam znika, jak wyklęty topaz,
Mara wśród mar...
Stogi siana z bocianem lub wroną na czubie
Olbrzymieją do czasu, aż giną w przegubie
Minionych miedz!
I dobrze nam i barwno, gdy skrajem źrenicy
Pochwycimy mak w życie lub kąkol w pszenicy,
By dalej biec!
I dobrze nam i skrzyście, gdy wpobok cmentarza
Chata szybą od blasku oślepłą przeraża
Daleki step -
Lub gdy srebrem oparty o wierzchołek drzewa
Obłok - snem rozwidniony - na słońcu wygrzewa
Kudłaty łeb!
Bezmiar nozdrza nam szarpie i wre w naszym pocie,
A my piersią zdyszaną na własnej tęsknocie
Kładziem się wzdłuż!
W jeden tętent dwa nasze stapiając milczenia,
Sprzepaszczamy się w zamęt bystrego istnienia
Obojgiem dusz!
Czy to śmierć się tak dymi w zdybanym bezkresie?
Tak, to - ona! To - ona! Bo tak właśnie zwie się
Tchu w piersi brak!...
Trzeba przemknąć pomiędzy śmiercią a pokrzywą...
Cisak w nicość się gęstwi pogmatwaną grzywą,
Jak lotny krzak!
Jeszcze chwila - a niebo skończy się! Lecz niech no
Próżnie zowąd wybłysłe ku nam się uśmiechną
Zza mgieł i wzgórz,
A my, łamiąc przeszkody, groźniej i pochmurniej
Pośpieszymy w tę otchłań na wieczysty turniej
Tamtejszych burz!
Jakiś blady mieszkaniec chmur - z niebios wybrzeża
Widzi, że wicher w locie o pierś nam uderza
Jak stal o stal -
I nie może rozeznać poprzez kurzaw zwoje,
Co się stało na ziemi, że tych kształtów dwoje
Mknie w jedną dal?
I nie może zrozumieć w swoim wniebowzięciu,
Czemu z wyżyn drapieżnych spadł na kark zwierzęciu
Człowieczy stwór?
I dlaczego dwie zmory różnego obłędu
Zbiegły się, aby zdwoić czar swego rozpędu
Do innych zmór?
[B]
|
» Wysłany: Pią Cze 22, 2007 14:37
|