
Masztalerz
Dołączył: 30 Gru 2008
Posty: 688
Skąd: Zielona Góra / Wrocław
Status: Offline
|
coś ucichło w temacie, a u nas dużo się dzieje. szkoda tylko, że tak dużo złego
a więc, po pierwsze i chyba najważniejsze, Irys ma grzybicze zapalenie płuc. I stąd ten kaszel, i stąd ta utrata wagi, i stąd ten wyciek z nozdrzy. Zaczął mi chłopiec kasłać dokładnie w dniu przyjazdu nowego siana ( 28 marca ) kilka dni później była wetka i o zgrozo powiedziała, że z płucami wszystko ok. Później była jeszcze raz, i znowu powiedziała to samo. Okazało się tylko, że dostaliśmy zagrzybiałe siano i że koniecznie mamy je zmienić. Tak też zrobiliśmy. Ale Iryś kaszlał dalej. i co gorsza - z dnia na dzień mocniej. Aż w końcu tej soboty stało się.
Sobota to jedyny dzień w który mam wolne od karmienia koni. Na 12 miałam być w pracy, więc stwierdziłam, że przed autobusem i tak pójdę odwiedzić Pana Irysa i wypsikać go reparatem na meszki.( dodam, że mam do stajni jakieś 15 min drogi ) Wszak dzień bez Irysa - dniem straconym. Podchodzę do stajni i już z daleka widać, że coś się kroi. Gryf był na zewnątrz, a moje konisko w stajni. Wchodzę, patrzę, a Irych stoi z nosem przy ziem, kaszląc niemiłosiernie. Więc ja go za kantar i na trawę, żeby płuca przewietrzyć. I wtedy się zaczęło. To już nie był kaszel, tylko takie koszmarne rzężenie w płucach i coś, co można opisać, jako odpalanie starego silnika. No to ja za talefon i dzwonie - najpierw do taty, pozniej do weta. Do jednego. Drugiego. Czwartego. Szóstego...
Pierwszy to ten, z którym byłam umówiona na środek tygodnia, żeby zobaczył ten kaszel. Tyle, że on był w Niemczech i nie odbierał. Drugi także nie odebrał. Jenen miał zabieg. Jeden był gdzies na interwencji, a jeden mógł przyjechać dopiero za 1,5 godziny. W końcu przypomina mi się taki stary dziadek, co u niego psy leczyliśmy, ale który ma także specjalizację z koni i przez wiele, wiele lat się nimi zajmował. Dzwonimy. Mój tato mówi, że sprawa arcypilna i że jest nam potrzebny NATYCHMIAST. Ja zostałam z Irysem, a tata wyjechał żeby złapać go gdzieś po drodze, gdyż cięzko trafić do naszej stajni. W tym czasie Irys dostaje kolejnego ataku, wywala język na ziemie, dostaje ślinotoku, głowę ma cały czas opuszczoną nisko, wydaje z siebie ostatnie dźwieki i pada na przednie nogi.
Nawet sobie nie wyobrażacie, ilez to człowiek potrafi mieć siły, kiedy jego najukochańsze stworzenie znajduję się w sytuacji zagrażającej życiu ...
Podlatuję, biorę szyję Irysa sobie na ramię, dłonie podtrzymują jego głowę. Pomagam mu wstać. Udaje się, ale niedotlenienie mózgu robi swoje. Koń chodzi jak pijany, depcze i przewala się na mnie. Wpadam w histerię. Z daleka widać nadjeżdżające auta - mojego taty i weterynarza. Biegnę ile sił w nogach po weta, odwracam się i patrzę. Irys z tym wywieszonym językiem, chwiejnym krokiem i charcząco-świszczącym oddechem biegnie kłusem. Do mnie. Ja staję, on podchodzi i opiera swoją głowę o mój brzuch. Dla mnie w jednej chwili sprawa staję się prosta. Właśnie rozgrywa się walka o jego zycie. Wet podbiega, osłuchuje Irysa. Pada zdanie. Ogromne zmiany w płucach i w oskrzelach. Pilnie musimy podać mu antybiotyki. Tyle,że koń widząc strzykawkę wpada w szał. Dutka. Macie dutkę - pyta wet. A niby skąd! Przecież to anioł - nie koń. Lekarz każe mi przynieść dwa patyki i sznurek. Biegnę do pobliskiego lasku. Mam na sobie spódnicę i buty na obcasie, ale biegnę tak szybko, jak tylko starcza mi sił. Dopadam do jakiegoś drzewa, dosłownie wskakuje na nie i urywam cały konar. po drodze wbiegam po drabinie na strych i łapie kilka sznurków od snopowiązałki. Tata szybko konstruuje dutkę. Mamy ! Unieruchomiamy Irysa. Dostaje 4 bardzo silne antybiotyki. Po jakiś 7 minutach koń zaczyna " normalnie " oddychać. Wet mówi, iż mamy zbyt wiele nie oczekiwać, ponieważ stan konia jest krytyczny. Zaprowadzam go do boksu. Leki zaczynają działać. Oddech się uspokaja, nozdrza maleją, i kaszel ustaje. Ta noc będzie decydująca. Zaglądamy co chwila do niego. Koń jest senny i apatyczny. Wygląda jakby miał się zaraz przwrócić. Dzwonimy do weta. Mówi, że tak własnie ma być. Przychodzę koło 22, zaglądam do stajni, a Irysa nie ma ! Okazuje się, że poczuł się na tyle dobrze, że wyszedł ze stajni ( mają cały dzień boksy pootwierane ) i zaczął skubać trawę.
Rano skoro świt biegne zobaczyć jak się czuję. Drżącą ręką wkładam klucz w drzwi. Otwieram. Patrze.Irys stoi. Skubie siano. Wygląda całkiem konkretnie. Ulga. Boże jaka ulga !
Po południu dzwonimy do weta i przedstawimy stan zdrowia konia. Umawiamy sie także na nastepny dzień, na kolejną serię zastrzyków.
Dziś wet nie może uwierzyć w stan zdrowia Pana Irysa. oddycha dobrze, nie kaszle, nie charczy. Osłuchuje płuca. Nie ten sam koń - woła do nas zadowolony. Dopiero teraz mówi, że w sobotę stan Irysa był tagiczny i że to cud, iż wogóle przeżył. dziekujemy lekarzowi i umawiamy si na pojutrze - na kolejną serię antybiotyków. Ja oczywiście płaczę. Tak niewiele brakowało, żeby stracić mojego kochanego konia ! Emocje powoli opadają. Pojawiają się zarzuty. Wobec kogo? Po pierwsze, pani doktor, która była dwa razy, i nie zauważyła zapalenia płuc. Po drugie - wobec własiciela stajni, który była tego dnia rano karmić konie, i widział, że takie codzienne lekkie pokasływania Iryska przekształciły się coś, co trudno nazwać nawet bardzo, bardzo silnym kaszlem, i nawet do nas nie zadzwonił!
Teraz Irysek czuje się o niebo lepiej. Wet daje mu bardzo duże szanse na pełne wyleczenie bez powikłań. jak tylko wydobrzeje, dostanie szcepionkę. Na grzybice.
Tylko nie plujcie w twarz. Nie oskarżajcie . Wołałam weta dwa razy i nawet on nie wiedział co mu dolega. kaszlało konisko troszkę i to głównie rano. Czegoś takiego jak w sobote nie słyszałam nigdy. I mam szczera nadzieję, że juz nie usłyszę.
|
» Wysłany: Pon Maj 04, 2009 23:52
|